English

Kuferek Benjamina

Kronos11
4/2009
MIT I PRZEMOC
Legenda głosi, że 26 września 1940 roku, tuż przed swą samobójczą śmiercią w pokoju nr 4 na drugim piętrze hotelu „Francia” katalońskiego Portbou, Walter Benjamin przekazał towarzyszom podróży, wśród których była Henny Gurland, przyszła żona Ericha Fromma, niewielki kuferek z najważniejszymi rękopisami wraz z dyspozycją, aby trafił on do rąk własnych Theodora Adorno w Nowym Jorku, dokąd on sam nie miał już nadziei dotrzeć. Kilka miesięcy później podążająca śladem Benjamina Hannah Arendt wiozła do Ameryki ocalony w Paryżu manuskrypt jego eseju O pojęciu historii, wydany w 1942 przez Institute for Social Research. W tym czasie pewien magazynier paryskiej Bibliothèque Nationale o nazwisku Georges Bataille, przyjaźniący się z Benjaminem, pieczołowicie przechowywał rękopisy Pasaży, które jednak na swoje pełne wydanie musiały czekać jeszcze niemal czterdzieści lat po zakończeniu wojny. Ciało Benjamina na skutek pomyłki miejscowego policjanta (zapisał jego nazwisko jako imię) zostało pochowane na katolickim cmentarzu; po wojnie ekshumowane w nieznane miejsce, do dziś nie zostało odnalezione. Kuferek z Portbou zaginął.

Może to dziwne, ale mam poczucie, że Benjamin mógłby się z tego cieszyć. Czytając prezentowany w niniejszym „Kronosie” fragment jego dysertacji, porównujący wczesnoromantyczną teorię sztuki z estetyką Goetheańską, gdzie mowa o strzaskanym korpusie posągu jako alegorii dzieła artystycznego, stanowiącego zaledwie symulację „praobrazu”, czyli jedności czystych form – myślałem o zaginionym kuferku z rękopisami, o których treści możemy tylko spekulować, i o innej jeszcze niż grecka tradycji, oswojonej z patrzeniem na świat „jak w zwierciadle”, gdzie źródło Prawa i Przymierza jest przecież zaledwie rekonstrukcją roztrzaskanych przez Mojżesza tablic.

Polski czytelnik zdążył poznać Benjamina jako pogromcę duchowej letniości socjaldemokratycznego mieszczaństwa, przenikliwego profetę przemian kulturowych, a także subtelnego dagerotypistę wielkomiejskich migawek łączącego niezrównaną erudycję i bystrość skojarzeń z pewną słabością do sowieckiej kolektywizacji. Ów konterfekt historycznego materialisty bywa ostatnio coraz skwapliwiej uzupełniany skrywającą się w cieniu figurą mesjanistycznego teologa. W niniejszym „Kronosie” zamieszczamy analizę wpływu Fichteańskiej teorii poznania na niemiecką Frühromantik. Odsłania ona przed nami jeszcze jedno wcielenie Benjamina: ezoterycznego polemistę podważającego kanoniczne ujęcie romantyzmu jako transcendentalizmu. Ta ekscentryczna lekcja, idąca pod prąd wyobrażeń romantyków o sobie samych – zyskuje dziś coraz pełniejszą legitymację, o czym przekonują drukowane w „Kronosie” komentarze.

Trójka jego przyjaciół – Gerschom Scholem, Theodor Adorno i Hannah Arendt – przyczyniła się do tego, że rozproszone i meandryczne dzieło Benjamina zostało po wielu latach wydane i w końcu docenione. By w pełni ocenić wielkość myślowego długu, który – co sami po wielokroć przyznają – u autora Pasaży zaciągnęli, musielibyśmy jednak poznać zawartość zaginionego kuferka. Tymczasem możemy przeczytać w kontekście słynnego Przyczynku do krytyki przemocy w nowym, poprawionym tłumaczeniu – mało znane artykuły Hannah Arendt poświęcone początkom Państwa Żydowskiego, w których namiętnej krytyce poddana zostaje państwowotwórcza idea głosząca, że „Przemoc to Racja”. Benjaminowska utopia rozwiązywania społecznego konfliktu poza zasadą przemocy znajduje w tekstach Arendt echo w paradoksalnej idei suwerenności politycznej Izraela, której warunkiem staje się demobilizacja militarnego, „spartańskiego” fundamentu Państwa Żydowskiego.


Mateusz Werner
redaktor