English

Pesymizm i postęp

Kronos48
1/2019
Pesymizm i postęp
projekt okładki:
Alfred Kubin / Jacek Malik

Dziewiętnastowieczny Hamburg, jakaś francuska kawiarnia. Panuje w niej lekkość, frywolność. Ktoś prosi młodego Schopenhauera o opowieść. Najlepiej o smokach i niemieckich księżniczkach. Schopenhauer nie zna takich historii. Zna wiersze. „Masz piętnaście lat, a przeczytałeś już i przestudiowałeś najlepszych poetów niemieckich” – napisze do niego matka („Jahrbuch der Schopenhauer-Gesellschaft”, 1971). Schopenhauer streszcza więc przy stoliku wiersz: bezruch w górach, nad szczytami wiszą ciężkie chmury, milkną ptaki, cisza. Zaraz umrze człowiek. Koniec.


Pesymizm Schopenhauera wyrastał po części z poezji niemieckiej, po części zaś brał się z przerażenia życiem ogołoconym z jakiegokolwiek sensu i świętości, także z zadumy nad głupim zrządzeniem losu. Piękno dobre jest dla Włochów, nie dla nas, Niemców. Jak by nie patrzeć, chętniej gustujemy w chorobach i rozkładzie, ciągnie nas do brzydoty, w niej też rozpoznajemy „element etyczny” rzeczywistości, nie zaś antypodę piękna. Już samo istnienie jest bowiem ślepą wolą; ślepą – gdyż nie prowadzi do żadnego celu, wolą – bo potwierdza się przez bezrozumne, pulsujące witalnością chcenie. To dzięki woli świat wzrasta i różnicuje się. Człowiek ma jej przedstawienie, jednocześnie jest nią. Nie tylko on. O przemożnym działaniu woli w świecie niech świadczy siła grawitacji, kierunek prądu od bieguna dodatniego do ujemnego albo gdy magnes wychyla się ku biegunowi północnemu i skłania do siebie metale. Na tym wszystkim znać ślady oddziaływania woli. Doznawanie jej przez człowieka sprawia, że wkracza on w dziedzinę „podjednostkową”, znajdującą się poniżej principium individuationis. Dopiero w kontemplacji otaczającego nas świata – jego grozy i wspaniałości – stajemy się wolni „od haniebnego naporu woli, świętujemy sabat jej okiełznania, koło Iksiona zatrzymuje się w miejscu” (Artur Schopenhauer, Świat jako wola i przedstawienie, przeł. Jan Garewicz). W takim ujęciu ślepy, zwariowany traf, krążąca bez celu, wolna od wszelkich rachub wola przestają być straszne, a wilczy pęd, trzymający wszystkich w diabelskim kołowrocie, nie przysparza już więcej cierpienia.


Świat jako wola i przedstawienie od czasu wydania w 1818 roku najtrwalej określiło całe myślenie XIX i XX stulecia, nawet tam, gdzie nie oddziałało bezpośrednio i tam gdzie je zwalczano. Nazbyt łatwo zapominamy, że oddziaływanie myśliciela jest głębsze wówczas, gdy się go zwalcza, niż gdy się go aprobuje” (Martin Heidegger, Co zwie się myśleniem?, przeł. Janusz Mizera).


Idźmy dalej. Czy w takich warunkach – gdy włada nami ślepa wola, której można wymknąć się jedynie przez autoredukcję osobowego istnienia – możliwy jest jeszcze postęp? Jakikolwiek postęp: technologiczny albo moralny. Tylko głupiec i człowiek bez serca lekceważyłby dobrodziejstwa postępu. Insulina, ibuprom, pływalnie, ciepłe śniadania, telefony komórkowe, samoloty – podobnych udogodnień ta nasza przyszła Atlantyda zna przecież tysiące. Czego chcieć więcej? Postęp musi być zatem bezgraniczny – gdyby go nie było, świat straciłby sens, a ludzie nadzieję. Oczywiście, na drodze ku lepszemu jutru mogą pojawić się przeszkody – „ciałami ludzi podpalony wiek” – ale samego procesu nie da się już wyhamować. A jednak w świecie Schopenhauera postęp nie jest możliwy. Ideologowie postępu – jego adoratorzy i inżynierowie – są na sam koniec – wcale nie wiedząc o tym – posłańcami nierozumnego, podjednostkowego chcenia. Owszem, postęp potrafi wstrząsnąć właściwie każdym. „Wielkie wrażenie – pisał o podróżowaniu koleją dziewiętnastowieczny filozof niemiecki, David Friedrich Strauss – jakie robi to nowoczesne cudo, marzenia podczas wspaniałego lotu! Żadnego strachu, a jedynie uczucie największego pokrewieństwa własnej istoty z tego rodzaju wynalazkami”. Jednocześnie dodawał ze szczyptą zabobonnej trwogi, jaką żywimy wobec tego, co najnowsze, iż „zanika żywioł, w którym jak dotąd poruszaliśmy się najchętniej. Coś podobnego mogło się trafić zwierzętom lądowym i latającym, gdy w czasach Noego wezbrały wody. Przez setki lat naszym żywiołem była teoria, wolna aktywność duchowa nakierowana na cel i potrzebę. Dziś jest ona prawie niemożliwa, a wkrótce będzie się ją prawie potępiać” (za: Manfred Riedel, Theorie und Praxis im Denken Hegels). To już się dzieje. Wolny namysł nad światem przegrywa z jego pragmatyczną, utylitarną organizacją. Nowe technologie powoli stają się naszą drugą naturą, naszą „sztuczną inteligencją”. Ulegamy im, zmieniając się nieodwracalnie, bez żadnego kierunku i sensu. Pisał o tym dwieście lat temu zawodowy pesymista niemiecki, jednocześnie największy wizjoner w dziejach filozofii – Artur Schopenhauer. W bieżącym numerze „Kronosa” przypominamy wykłady, jakie wygłaszał o filozofii Schopenhauera – konfrontując ją z myślą Nietzschego – Georg Simmel. Staramy się także uchwycić moment raptownego przyspieszenia, które stało się udziałem cywilizacji współczesnej. Prawdopodobnie wydarzyło się ono w chwili, gdy człowiek po czterech tysiącach lat przesiadł się z konia na pociąg. Piszą o tym w poruszających rozdziałach Wolfgang Schivelbusch i Reinhard Koselleck. Również od nich dowiedziałem się tego, czego wolałbym nie wiedzieć.


Piotr Nowak
Zastępca Redaktora Naczelnego