English

    Książę Czartoryski

    Kronos75
    4/2025
    Książę Czartoryski
    projekt okładki:
    Mikołaj Kaczmarek

    Zacznijmy od kwestii pozornie niezwiązanej z osobą księcia Czartoryskiego. Pytanie brzmi: jaki jest najważniejszy problem współczesnej polityki? Pytamy nie o problem polityczny (polityka jest zbiorem, a właściwie zbiorowiskiem różnorakich problemów, wojen i konfliktów), lecz o problem głębszy, dotyczący samej istoty polityki. To zbiorowisko bowiem – i tak już chaotyczne – wydaje się w dodatku wychodzić z siebie i w sobie przepoczwarzać, ponieważ zmienia się na naszych oczach (albo: wydaje się zmieniać) sama istota władzy politycznej.
    Czym jest władza? W językach zachodniej Europy znajdujemy znaczącą dwuznaczność: l’autorité i le pouvoir, mówią Francuzi, authority i power, mówią Anglosasi. To pierwsze słowo oznacza władzę administracyjną (health authorities, na przykład), która nie opiera się na przemocy, lecz na powszechnym uznaniu porządku publicznego. Albo, żeby użyć tradycyjnego słowa, na szacunku obywateli dla instytucji państwowych. Oczywiście: państwo może zawsze odwołać się do przemocy, która leży u jego historycznych korzeni. Nie musi jej jednak używać ciągle, a nawet – jeśli ma być państwem obywatelskim – powinno jej używać rzadko i w sytuacjach wyjątkowych.
    Ten sam porządek widzimy w wychowaniu człowieka. Dziecko po urodzeniu jest całkowicie zależne od rodziców, znajduje się w ich władzy, która manifestuje się zakazami i karami (nie muszą mieć one formy fizycznej). Potem jednak – z upływem lat – władza rodzicielska staje się subtelna i niewidzialna. Siwy starzec nad grobem ma władzę duchową nad dorosłymi synami, ponieważ otaczają go oni szacunkiem i jest dla nich autorytetem.
    Nowoczesność nie lubi jednak dawnej metafizyki władzy. Eksperymentuje z porządkiem wychowania i polityki. Rządy, słyszymy, powinny ograniczyć się do zarządzania. Należy zrezygnować z dawnych form sprawowania władzy: zamiast osobistych decyzji – obiektywne procedury, zamiast autorytetu – opinia anonimowych ekspertów. Urzędnicza ocena powinna być bezosobowa i przezroczysta: ilościowa, a nie jakościowa. Taki jest warunek, mówią, prawdziwej równości i obiektywizmu.
    Źródło tych przemian jest oczywiste. Z jednej strony jest nim postrewolucyjna dynamika Zachodu, który, wciąż obracając się w dawnych koleinach, usiłuje tym razem przekroczyć już nie tylko społeczne (historycznie ukształtowane), lecz także naturalne (dane nam z przyrodzenia) hierarchie i granice. Z drugiej: suflowany przez nauki przyrodnicze obraz natury jako mechanizmu rządzonego przez prawa ilościowe. Na naszych oczach wyłania się coś na kształt wszechwładnego Państwa-Maszyny, panującego nad homogeniczną populacją jednostek-atomów, które niczym od siebie się nie różnią.
    Czy ta przemiana się uda? Trwa już od pewnego czasu i można mieć co do tego poważne wątpliwości. Urządzenia biurokratyczne coraz częściej okazują się na wpół zepsutymi mechanizmami dominacji: procedury można arbitralnie interpretować (ukrywając, że chodzi o interpretację i że jest ona arbitralna); można skrycie zmieniać ich bieg, wpływając w punktach krytycznych na ich wynik ostateczny; anonimowi eksperci kierują się niejawnymi interesami i dzięki swej anonimowości są całkowicie bezkarni. Biurokracja rozrasta się i odrywa od ciała społecznego, znajdując w sobie cel własnego istnienia: staje się rakowatą biurokraturą.
    Wedle dawnej lekcji wspólnota ludzka – dźwigając się od przemocy do władzy opartej na autorytecie – wznosi się nad zwierzęce konflikty i pierwotną wojnę wszystkich ze wszystkimi, będącą naturalnym stanem ludzkości. Autorytet oznacza cywilizację. Potrzebuje symboli i rytuałów. Czysta przemoc to barbarzyństwo.
    Nowa fizyka władzy wydaje się jednak odwracać tę logikę. Przemoc administracyjna nie ma żadnego autorytetu, a jej mechanizmy stają się stopniowo jakąś osobliwą, sztuczną naturą albo wirtualną przyrodą.
    W tej sytuacji rzeczą pilną jest studium przypadków, w których władza wyglądała inaczej i miała zupełnie inną postać. Pamięć o nich pozwala nam zająć radykalnie zewnętrzny punkt widzenia i rozpoznać całą nieoczywistość ultranowoczesności. I tu docieramy do osoby księcia Czartoryskiego, postaci niezwykłej, w której można zobaczyć ucieleśnienie starożytnego ideału dobrego władcy.
    Przypomnijmy tę historię. Rzeczpospolita upada. Insygnia koronacyjne zostają przetopione przez Prusaków. I nagle pojawia się postać charyzmatyczna, która staje się depozytariuszem nieistniejącego Królestwa: król Polaków de facto. Tej pozycji książę nie zawdzięczał swoim sukcesom ani władzy instytucjonalnej. Co prawda po klęsce Bonapartego w roku 1812 dokonał rzeczy niemożliwej: sam jeden wyprowadził cały naród z obozu przegranych do obozu zwycięzców, z obozu Napoleona do obozu Aleksandra, dzięki czemu Królestwo mogło odrodzić się na chwilę pod władzą cara. Potem jednak przegrywa walkę z Konstantym i Nowosilcowem, klęską kończy się także jego gra w trakcie powstania i książę musi na koniec uciekać z Polski, skazany na śmierć przez ścięcie toporem.
    Źródłem szacunku, jaki go otaczał, nie były zatem jego sukcesy. Cóż więc nim było? Historycy zwykle mówią o honorze, który pozwalał księciu zachować miarę w każdej sytuacji: kiedy trzeba paktować z Rosjanami, nie przekraczając jednak granicy zdrady; innym razem wycofać się, stanąć z boku i czekać na stosowną okazję; i wreszcie, gdy wszystko już wydawało się stracone, rzucić się głową do przodu, grając o wielką wojnę narodów, która zachwieje posadami świata.
    Książę skrywał w sobie tajemnicę niezależności. Jakieś światło, sądzę, rzucają na nią rękopisy opublikowane w poniższym tomie naszego kwartalnika. Czartoryski – poza tym, że uprawiał politykę – zajmował się prywatnie i na własny użytek historiografią. Pisał Historię litewską, przedstawiającą, zgodnie z gustami epoki, bajeczne pradzieje narodów. Ta praca świadczy o jednym. Książę nie myślał o sobie w perspektywie teraźniejszości. Patrzył na siebie i rozumiał siebie w perspektywie stuleci, a może nawet – wieczności.


    Wawrzyniec Rymkiewicz
    Redaktor Naczelny