Obok wojen między państwami, których teatrem jest świat, toczone są mniej widowiskowe wojny wewnętrzne, te w domu. Prowadzą je ze sobą stronnictwa polityczne i coraz bardziej zaciekłe w swoich namiętnościach masy, natomiast rozstrzygają je – niczym starożytni stratedzy – prawnicy, zajmujący w nich stronę. Jak mogło dojść do tego, że najpotężniejszą stroną w konfliktach wewnętrznych jest lobby prawnicze, czy ściślej: sędziowie, wyjaśnia publikowany przez nas tekst Carla Schmitta o legistach francuskich. Usuwając tradycyjne wzory organizacji społecznej, formy legitymizacji religijnej i patrymonialnej, wreszcie: relegując zasady sprawiedliwości przez zastosowanie przymusu ustawy, przenieśli ludzi do nieznanego im świata, do „państwa adwokackiego”. Miało to swoje dobre strony. Chroniło przed arbitralnością dotychczasowej władzy, zastępując ją władzą na pozór obojętnego prawa i prawników, którzy wymogli na państwie przymus egzekwowania ustawy bez względu na inne wartości. Wkrótce najmniejsze nawet przejawy życia codziennego, najbardziej błahe, niewinne, zaczęto ujmować od strony formuł prawnych. Polityka stała się jurystokracją.