English

Książę

Świat ludzki stanowi ramę dla ścierających się energii, nagromadzonych sił, których położenie zmienia się z każdą chwilą i zależy od rezultatu konfrontacji. Chaos, jaki przy tym powstaje, jest zjawiskiem pozornym. W rzeczywistości mamy do czynienia z plątaniną wyraźnie określonych przyczyn i skutków – działamy nieodmiennie w obszarze tych samych historycznych prawidłowości, powodujących wciąż te same, dające się z grubsza przewidzieć i opisać zdarzenia. Ani Machiavelli, ani Shakespeare nie wymyślają więc życia na nowo; oni je przedstawiają, jakim jest, wykorzystując do tego dobrze znane historie. Jest im właściwie wszystko jedno, do kogo – czego – się odwołują, kogo cytują, z jakich książek akurat korzystają. Zwykle chodzi im o to jedynie, aby czyjeś myśli pasowały do ich własnych niepokojów, aby oddawały ich własne lęki i kalkulacje. Dobierają metafory, tworząc z nich obraz na własną rękę i podobieństwo. Poruszają się na obrzeżach pojęć, z daleka od oficjalnej, akademickiej pseudo-rozmowy czy klasycystycznego dyskursu. Ich dzieła żywią się nieoficjalnym językiem gminu, gwarą zasłyszaną w oberży we wsi Sant’Andrea czy w podlondyńskim Southwark (Pasternak). Jeśli są zatem wtórni, wtórni są wobec życia.

Być może Machiavelli – jak chce Rousseau – pisał dla ludu, przed którym denuncjował bezpodstawną przemoc władzy, ale mogło być przecież i tak, że pisał dla Księcia, niejako w jego imieniu. Być może również Shakespeare pisał dla książąt, ale z całą pewnością pisał też dla ludu, chcąc go rozśmieszyć, namówić do szaleństwa, natchnąć pięknem i mądrością. W tym sensie obaj konserwatywni pisarze, odwołujący się do pradawnych reguł polityki, z powodzeniem mogą uchodzić za demokratów. I więcej: filozofia ezoteryczna, łącząc się w ich twórczości z najwyższym kunsztem i stylem pisarskim, staje się – rzadka to rzecz – pierwszorzędną, uniwersalną literaturą.

Widomym znakiem ich dojrzałości umysłowej była łatwość, z jaką wiązali przyczynę ze skutkiem, umiejętność odnajdowania związku między myślą a chwilą bieżącą, między filozofią a praktyką polityczną. Obaj współtworzyli atmosferę epoki nowożytnej, którą wszyscy oddychamy. Zarazem ich dzieło odbierane jest jako requiem dla świata, który się skończył, stracił swoje umocowanie i teraz dryfuje nie wiadomo gdzie. Runęły drabiny, pionowe systemy wartości, „naturalne”, zdawało się do niedawna, hierarchie. Żaden wyższy cel nie uświęca już środków. Ludzkość osunęła się w „stan natury” – stan nędzy i barbarzyństwa. Jeszcze gdzieniegdzie schodzą się harcownicy w walce, w której stawką jest sama wygrana, coraz częściej jednak masy ludzkie wadzą się już tylko o byt, o warunki przetrwania: interesy pieniężne, zaszczyty, stanowiska, ładne kobiety, władzę. Naturalnym dziedzicem po Machiavellim i Shakespearze jest Hobbes, ale to już inna opowieść.

Dziś każdy chce – bo przecież może – zostać „Księciem” – zdemokratyzowały się marzenia o władzy bezwzględnej i udzielnej. Współcześni „Książęta” zagadują nas ze stron gazet, ekranów telewizyjnych, na wiecach. Rzut oka wystarczy, aby przekonać się, że nie ma w nich nic z wielkości i tragiczności Leara (Jaffa), mądrości Prospera (Gish) ani nawet z diaboliczności Ryszarda III (Craig); że brak im heroicznej cnoty Brutusa i lojalności Antoniusza (Behnegar), czy choćby sprytu Vincentia (Nowak). Oto stoją przed nami śmieszni i nadzy. W gruncie rzeczy niemal każdy z nich jest zastępowalny (Rogacki). To lalki woskowe albo kukiełki w animowanym ręką analfabety jarmarcznym teatrzyku. Ich decyzje są tyleż niesuwerenne, co arbitralne – i zawsze podszyte strachem i przemocą. Tworzone przez nich idee, projekty, wartości zużywają się równie szybko jak oni sami. Dzisiejsi „nowi książęta” to istoty pod każdym względem gorsze od zwykłych ludzi, istoty podrzędne – nadęte, groteskowe, zdegenerowane. Ich jedyną przewagą jest chęć rządzenia innymi.

Machiavelli podkreślał autonomię sfery politycznej w stosunku do innych sfer życia człowieka – metafizyki, miłości, kultury, ekonomii i tym podobnych. Uważał, że to pochodne polityki – dziedziny, w której rozstrzygają się losy państw oraz ludzi. Shakespeare wcale nie gorzej rozumiał, na czym polega istota polityki (Ochocki, Tokarski), ale przeciwstawiał jej siłę i czystość uczucia (Bloom), miłosną frywolność (Auden), czy wreszcie niepodatny na polityczne ustawodawstwo chaos języka (Wiśniewski), mit (Grzegorzewska), a nawet egzystencjalną pustkę i nicość (Benjamin).

Jeszcze dwa słowa o trzecim bohaterze tego numeru. Jest nim Lucjan Siemieński, „krakowski Horacy”, dziewiętnastowieczny makiawelik, jeden z największych stylistów języka polskiego, który umiał dostrzec i zaadaptować na użytek poezji wysokiej „jeniusza poezji gminnej”. Dla Siemieńskiego filozofia może i musi mieć uniwersalny charakter, natomiast literatura winna być już tylko narodowa, co wykłada pięknie i przekonująco w eseju o potrzebie sparafrazowania całego Shakespeare’a w rymowanym języku polskim.


Piotr Nowak

Zastępca Redaktora Naczelnego