English

BOLTANSKI / MEILLASSOUX

Kronos33
2/2015
BOLTANSKI / MEILLASSOUX
projekt okładki:
Tomasz Bardamu
Żyjemy w czasach kryzysu. To oczywistość. Gorzej – banał. Żeby się o tym dowiedzieć, nie trzeba czytać kwartalników filozoficznych. W ogóle nie trzeba nic czytać. Wystarczy otworzyć telewizję albo włączyć radio, żeby usłyszeć, jak wszyscy przez wszystkie przypadki odmieniają słowo upadek – rozumiejąc je zresztą, jak się zaraz okazuje, różnie, w różnych fenomenach widząc jego manifestacje i różne obiekty uznając za dotknięte upadkiem.

Jak się bowiem zaraz okazuje – a widać to, kiedy się patrzy z boku, z pozycji właściwej człowiekowi myślącemu – nie jest wcale jasne, co upada (a co się odradza) i czy mamy do czynienia z kryzysem, czy też z jakąś nową dyslokacją sił i środków, pozwalającą komuś wyraźnie się wzmocnić albo wzbogacić. W tym ostatnim przypadku należałoby raczej mówić o rozkwicie.

To rozchwianie właśnie (chwiejne jest samo pojęcie kryzysu) sprawia, że kryzys stał się filozoficznie interesujący. Zacznijmy od rzeczy elementarnych. Mamy, z grubsza rzecz biorąc, dwa pojęcia stabilności. Przykładem pierwszego jest kamień, który w sobie spoczywa i trudno go wytrącić z równowagi. Przykładem drugiego jest bączek, dziecięca zabawka, która trzyma pion, dopóki się kręci, a gdy się zatrzyma, upada.

Stabilność życia przypomina równowagę bączka. Dotyczy to nie tylko procesów fizjologicznych – włączonych w odwieczne cykle natury – lecz także życia duchowego i publicznego. Dlatego, co zauważył już Arystoteles, życie dąży w sposób spontaniczny do form autotelicznych. Filozof szuka prawdy dla samej prawdy. Sędzia wydaje sprawiedliwy wyrok dla samej sprawiedliwości. Obaj uzyskują w ten sposób stałość w ruchomości istnienia.
W tym porządku trzeba też widzieć obroty kapitałowe. Kapitalista inwestuje pieniądze, żeby je pomnożyć i znowu zainwestować. To koło – zarysowując figurę zarabiania dla samego zarabiania – ustanawia równowagę życia, na które stale są środki finansowe.

Kapitalizm jednak – uczy główny bohater tego tomu naszego kwartalnika, Luc Boltanski – potrzebuje kagańca, który go okiełzna i utemperuje. W innym przypadku jego tryby mogą się bowiem okazać niszczące dla otoczenia. Ten kaganiec albo te więzy, na które składają się normy moralne i instytucje społeczne, Boltanski nazywa „duchem” (odwołując się do socjologii Webera) albo „miastem” (co z kolei jest reminiscencją arystotelejskiego polis). Idąc za tym ostatnim skojarzeniem, można przełożyć socjologię Boltanskiego na język greckiej metafizyki. Kapitalizm jest pewnym porządkiem Logosu. Rynek obraca językiem, na który można wszystko przełożyć i który pozwala wszystko ocenić. Ten język ma kształt ilościowy. Są nim pieniądze.

Uniwersalizm kapitału jest jednak pozorny. Nie wszystko jest na sprzedaż. Pewnych rzeczy nie można kupić. Albo, mówiąc dokładniej, jeśli zaczniemy nimi handlować – handlować prawdą, sprawiedliwością i przyjaźnią (żeby trzymać się podstawowych pojęć filozofii społecznej Arystotelesa) – wtedy Miasto upadnie. Warunkiem jego równowagi, podstawą jego stabilności, jest heterogeniczny porządek dóbr i wzajemna nieprzekładalność używanych w nim języków.
W tym miejscu dochodzimy do zasadniczej tezy francuskiego socjologa, którą (to jest moja propozycja) możemy wyłożyć w porządku filozofii Logosu. Kapitalizm, twierdzi Boltanski, przechodzi od kilku dziesięcioleci gwałtowną przemianę. Na naszych oczach wyłania się nowy duch kapitalizmu. Miasto zmieniło swój charakter. Stało się Miastem projektów.

Ta przemiana ma charakter językowy. Kapitalizm XX wieku poddany był normom konserwatywnym. Od szefa albo patrona wymagano na przykład, żeby opiekował się swoimi pracownikami, nad którymi sprawuje władzę ojcowską. Rzeczą pożądaną dla firmy była szacowna przeszłość. Producenci wina do dzisiaj podają rok założenia piwnicy: tradycja budzi szacunek. Nowe reguły mówią natomiast, że biznes jest projektem. Ważna jest „mobilność” i „elastyczność” pracowników. Szef ma być na ty ze swoimi podwładnymi. Wymaga się od niego „kreatywności”.

W tej przemianie można zobaczyć ruch pokoleń i związaną z nim zmianę polityczną. Od początku lat 70. w społeczeństwach Zachodu do władzy dochodzi generacja ’68. Dawni rewolucjoniści zostają szefami firm, bankierami i redaktorami gazet (określa się ich czasem mianem „kawiorowej lewicy”). Kapitalizm przez nich zarządzany staje się stopniowo hybrydą dawnych reguł i nowoczesnych – często kontrkulturowych – postulatów.

W tle tej zmiany zarysowuje się jednak przemiana nieporównywalnie głębsza i poważniejsza. Nowy kapitalizm, mówi Boltanski, przekracza bariery, na których zasadzała się dotąd równowaga społeczna. Pada granica między gospodarką a rozrywką (źródłem największych zarobków jest dzisiaj przemysł rozrywkowy), między gospodarką a kulturą, między gospodarką a polityką, między życiem prywatnym a zawodowym. Rzeczy bezwartościowe albo, przeciwnie, bezcenne stają przedmiotem wymiany handlowej. Za jedyny przykład – Boltanski, jak się czytelnik przekona, daje ich bardzo wiele – dajmy turystykę: nikomu niepotrzebne pejzaże w odległych zakątkach planety ściągają tłumy turystów i dobrze się sprzedają.

Ta przemiana obejmuje zatem nie tylko instytucje i organizacje społeczne, lecz sięga samych przedmiotów. Żyjemy w innych pejzażach. Otaczające nas widnokręgi zmieniają swoje znaczenie. Ta przemiana dotyczy bowiem – powtórzmy – samego Logosu, a to znaczy (mówiąc językiem filozofii XX wieku) sensu realnego. Widzimy w nim pomieszanie różnych porządków znaczeń i wartości. To pomieszanie, mówi Boltanski, było przez ostatnie lat trzydzieści wehikułem sukcesów Zachodu. Sprzedając rzeczy bezwartościowe albo bezcenne (a na dodatek handlując pieniądzem, czyli żyjąc na kredyt), Zachód niezwykle się wzbogacił. Zarazem jednak dziwnie zbiedniał i zmarniał. Kryzys może być bowiem – jak się okazuje – rozkwitem, a rozkwit kryzysem. I tu właśnie leży źródło wszechogarniającego niepokoju, w którym się obracamy, i tego lęku, że tryby świata zaraz znieruchomieją, a on sam wypadnie ze swoich kolein.


Wawrzyniec Rymkiewicz
Redaktor Naczelny