English

    PŁATONOW

    Kronos60
    1/2022
    PŁATONOW
    projekt okładki:
    Józef Chełmoński

    W XIX wieku literatura rosyjska szła dwoma torami, przygotowanymi przez Tołstoja i Dostojewskiego.


    Utwory Tołstoja były gładkie, wypolerowane, bez skazy. Opisywały życie w porządku zjawiania się. Oddawały je, co nie bez znaczenia, w najmniejszych drobiazgach. Jeśli bohaterowie uwijali się akurat na grzybobraniu, dowiadywaliśmy się o nich wszystkiego. Kiedy upadł koń na wyścigach i trzeba go było dobić, Tołstoj nie oszczędził czytelnikom najmniejszych szczegółów dobijania. Koniec każdej jego książki przypominał koniec filmu w kinie, gdy nawet po wyjściu z niego trzyma się nas jeszcze fabuła, opowiadamy o niej znajomym, nierzadko olśnieni grą aktorską i dobrą pracą kamery.


    Zupełnie inny typ pisarstwa reprezentuje Dostojewski. W jego książkach to nie drobiazgi budują sytuację, ale konflikt wartości. Rozstrzygnięcie tego konfliktu nie przekłada się wprost na dynamikę sytuacji, nie jest też istotne dla konstrukcji poszczególnych postaci; ważne jest dla świata. Jeżeli nie wolno dręczyć dzieci, to dlatego, że takie zachowanie jest obiektywnie złe, a nie z tego powodu, że ich dręczenie wypadkiem nie zgadza się z ogólną charakterystyką opisywanej osoby. U Dostojewskiego wszakże człowiek jest antynomiczny i nie da się go ująć w system absolutnych pojęć moralnych czy poznawczych: źli nie są zawsze do końca źli ani dobrzy zupełnie dobrzy.


    Dwutorowość prozy rosyjskiej została przełamana przez Andrieja Płatonowa, który trafił się jej trochę zrządzeniem radzieckiej „opatrzności”. Dzięki jego pisarstwu mogliśmy przekonać się, że współczesna literatura rosyjska nie musi być ani opisowa („realistyczna”), ani moralistyczna, ani tym bardziej „święta”. Jaka więc jest? Straszna, gdyż została poczęta z rozpadu języka i utraty resztek nadziei na wskrzeszenie w nim tego, co ludzkie.


    Po Tołstoju dziedziczył Gorki, pisząc życie klasy robotniczej (i dla niej), zaś psychologiczne piekło, w którym zostali pogrążeni wszyscy bez reszty bohaterowie Dostojewskiego, znikło jak w „cylindrze magika”. Czy w takim razie mieliśmy u tych pisarzy do czynienia ze zmyśleniem, z iluzją rzeczywistości, oczopląsem? Ależ skąd! Po prostu proroctwa naprzód „biesów” (rewolucja komunistyczna), potem Wielkiego Inkwizytora (Zjednoczona Europa) spełniły się z naddatkiem, stając się czymś niemal pospolitym, dostępnym na wyciągnięcie ręki. Utopie zostały zlikwidowane, a wraz z nimi przyszłość; nie ma już grzechu, jest tylko produkcja i przyroda. W takich warunkach – w totalnej próżni – i z takiego tworzywa – ze śmierci i nicości – wyrabia swoje cacuszka Płatonow.


    Głównym bohaterem jego prozy jest udziwniony, spreparowany język i zło, jakie zsyła na ludzi. To język komunistycznych buchalterów od zabijania, stachanowców eksterminacji, iluzoryczny wolapik złożony z partyjnych sztanc i przypadkowych, oderwanych od siebie fragmentów nowomowy. Język ten służy nieporozumieniu, organizacji zbrodni na masową skalę i w następnym kroku jej usprawiedliwieniu. Płatonow umiejętnie odwraca wektor tego języka i kieruje go przeciw jego istocie: niech sam się truje: „Czyklin powiedział, że wczoraj odkopano sto pustych trumien: dwie zabrał dla dziewczynki – w jednej trumnie urządził jej posłanie na przyszłość, a drugą podarował jej na zabawki i cały dziecięcy kram: niech i ona ma swoją świetlicę” (Dół, przeł. A. Pomorski). Z pozoru w języku Platonowa nie ma nic niestalinowskiego, a jednak zostaje on zaminowany przez autora i wysadzony w powietrze, tak aby nie było czego zbierać i o czym w nim mówić.


    Warłam Szałamow, biograf rosyjskiej zmarzliny będącej największym ludzkim cmentarzyskiem na ziemi – nim stracił słuch i mowę – powiedział gdzieś, że jego Opowiadania kołymskie albo ukażą się w Rosji, albo nigdzie; że zbrodnia komunistyczna Rosjan jest tak straszna, że naprzód to oni muszą się o niej dowiedzieć, opowiedzieć ją sobie i się z nią rozliczyć. Tak się jednak nie stało i to świat dowiedział się pierwszy o zbrodniach GULAG-u, Rosjanie zaś do dziś je kwestionują, uznając Szałamowa za beletrystę.


    W jakimś sensie powtórzył tę myśl Iosif Brodski w posłowiu do Płatonowskiego Dołu. Napisał w nim, że chwała narodom, które nie są w stanie przełożyć prozy Płatonowa na swoje własne pojęcia i wyobrażenia. To znak, że są normalne, przeciętne, że prowadzą zwykłe, codzienne życie; totalitaryzm nie zdołał otworzyć w ich życiu otchłani, do której zepchnięto by pamięć o człowieku i pozwolono go tworzyć na nowo, po radziecku.


    Degradacja moralna i umysłowa Rosjan, która dokonała się w XX stuleciu, była tak wielka, że zaczęto mówić – sami Rosjanie zaczęli tak mówić – o narodzinach „nowych ludzi”, homines sovietici, tworzących do wyboru kolektyw, koszary lub kołchoz zamiast wspólnoty obywatelskiej. Istotę tej przemiany starali się następnie uchwycić psychologowie, socjologowie, politolodzy. Bez skutku. Bezmiar zniszczenia ludzkiego świata odsłania dopiero język Płatonowa. Jednak ani jego świadectwo, ani świadectwo innych pisarzy radzieckich – wspomnianego Szałamowa, Grossmana, Babla, Mandelsztamów – nigdy – powtarzam – nie zostało przyjęte przez zwykłych Rosjan. O skutkach ich niemoty moralnej, niezdolności do przyznania się do popełnionych zbrodni świadczy rosyjska wojna w Ukrainie i eksterminacja ludności cywilnej, która ma miejsce współcześnie. Okazało się, że podjęto dzieło mordowania w tym samym miejscu, w którym je przerwano. I to jest jego najbardziej przerażający, bo ahistoryczny wymiar. Nie znam bardziej przejmującego opisu rosyjskiego bestialstwa od obrazów zawartych w Czewengórze Płatonowa. Czy Rosjanie odzyskają kiedykolwiek język, w którym będą mogli opowiedzieć w kategoriach moralnych, ludzkich o tym, co zrobili sobie i innym?


    Piotr Nowak
    Zastępca Redaktora Naczelnego