Tukidydes nie był historykiem, nie był nawet filozofem. Nie miał też najmniejszych ambicji, aby stać się jednym czy drugim. Wykonywał zawód stratega, trudnił się zdobywaniem. Niemniej w decydującym starciu przegrał, za co wyrzucono go z ojczyzny. Na emigracji dobrze wykorzystał swój czas i swoją wiedzę, pisząc historię wojny na Peloponezie. Odchodził przekonany, że dzieło, jakie po sobie zostawia, ma wartość nieprzemijającą, fundamentalną.
Zwolennicy pokoju są przedstawieni przez Tukidydesa jako pragmatycy, którzy nie chcą narażać substancji miasta dla rzeczy przyszłych i niepewnych. Z trudnością bronią status quo osiągniętego w następstwie szeregu morderczych walk, wojen, a wreszcie pokojowego porozumienia. „Jest rzeczą nierozsądną wyprawiać się przeciw takiemu państwu, którego w razie zwycięstwa i tak nie można utrzymać na stałe pod swoim panowaniem, a w razie niepowodzenia można się znaleźć w sytuacji zgoła innej niż przed wyprawą” – argumentowali (Wojna peloponeska, VI, 11). Pragmatycy szybko znaleźli się w defensywie, nie potrafili bowiem wskazać ani wielkich celów, ani szerokich perspektyw, jakie mogła otworzyć – zwłaszcza przed młodymi – wygrana wojna. Starszych zadowalał spokój, młodych popychał do działania instynkt śmierci. Inicjatywę przejęło stronnictwo idealistów. Ten, kto chce żyć w pokoju – przekonywali – musi licytować wyżej, żądać więcej. Idealiści parli w kierunku nowych wojen. Miasto zużywa się w bezczynności, niszczeje przez nią. Jeżeli masz tedy dość siły, gotuj się do skoku i sięgaj po to, co może stać się twoje.
W literaturze politologicznej imię Tukidydesa połączono ze słowem „pułapka”, „moment”. Chodzi o sytuację, w której można zdobyć władzę nad światem bez prowadzenia długiej i ryzykownej wojny z potężniejszym przeciwnikiem. Wystarczy w tym celu – argumentował Alkibiades, przywódca idealistów – zająć słabiej broniony, lecz strategicznie istotny region, aby ostatecznie utwierdzić się w swej mocy i panowaniu. Dla starożytnych Aten takim regionem była Sycylia. Ale Sycylii nie udało się podbić. W starciu z nią potężne Ateny straciły prestiż, sojusze, zasoby, a nade wszystko swą moc.
Wojna peloponeska to opowieść o końcu dominacji Aten, a szerzej: o kresie świata klasycznego. W zestawieniu z Tukidydesem Hegel był myślicielem nieostrym, żonglerem wypranymi z życia pojęciami. Natomiast pisał barwnie – trzeba mu to policzyć po stronie zasług – o ruchomym duchu dziejów, przemieszczającym się wprawdzie, kędy chce, lecz zawsze pod dyktando wolności i, by tak powiedzieć, jako jej manifestacja. Motorem historii są wojny i praca, które w następstwie urzeczywistnienia się wolnego świata ustaną. No więc nie ustaną, w tym punkcie Hegel się mylił. Świat nigdy nie złoży się w racjonalną całość – raz będzie to mądry świat, innym razem (częściej) głupi, rozrywany przez partykularne niesnaski. I nic nie można z tym zrobić, taka jest natura człowieka.
Obok wojen między państwami, których teatrem jest świat, toczone są mniej widowiskowe wojny wewnętrzne, te w domu. Prowadzą je ze sobą stronnictwa polityczne i coraz bardziej zaciekłe w swoich namiętnościach masy, natomiast rozstrzygają je – niczym starożytni stratedzy – prawnicy, zajmujący w nich stronę. Jak mogło dojść do tego, że najpotężniejszą stroną w konfliktach wewnętrznych jest lobby prawnicze, czy ściślej: sędziowie, wyjaśnia publikowany przez nas tekst Carla Schmitta o legistach francuskich. Albowiem właśnie w tym narodzie – w żadnym innym, tylko u Francuzów – wykształciła się w stopniu najwyższym retoryka sądowa. Kasta, o której mowa – legiści – przyczynili się do powołania nowoczesnego państwa i narodu. Jedność, którą dzięki nim osiągnięto, okazała się w pierwszym rzędzie państwotwórcza. Wszakże z punktu widzenia rzeczników tradycyjnych zasad i wartości legiści jawili się jako narzędzie szatana przeobrażającego prawo w terror legalności. Usuwając tradycyjne wzory organizacji społecznej, formy legitymizacji religijnej i patrymonialnej, wreszcie: relegując zasady sprawiedliwości przez zastosowanie przymusu ustawy, przenieśli ludzi do nieznanego im świata, do „państwa adwokackiego”. Miało to swoje dobre strony. Chroniło przed arbitralnością dotychczasowej władzy, zastępując ją władzą na pozór obojętnego prawa i prawników, którzy wymogli na państwie przymus egzekwowania ustawy bez względu na inne wartości. Wkrótce najmniejsze nawet przejawy życia codziennego, najbardziej błahe, niewinne, zaczęto ujmować od strony formuł prawnych. Polityka stała się jurystokracją. Przeczuł to i opisał w swoim dziele Franz Kafka, wiedział o tym Carl Schmitt. Dziś wie o tym każdy, choć wiedzę tę odrzuca. Strach pomyśleć, że to wszystko dęte, przeciwko człowiekowi. Jeżeli po latach zapada wyrok, zwykli ludzie nie rozumieją jego uzasadnienia ani przyczyn zwłoki. Ferowany zgodnie z literą prawa, nie znajduje odniesienia do zasad sprawiedliwości. Po stronie wspólnoty rośnie poczucie krzywdy, jednocześnie wzrasta alienacja kasty sędziowskiej i korporacji prawniczej. My i oni, swoi i tamci – oto pokrótce przepis na wojnę domową. Pytanie nie brzmi więc: czy ona faktycznie wybuchnie, tylko kiedy, z jaką mocą oraz co w zamian? Problemy wytworzone przez ten system nie mogą zostać rozwiązane w jego ramach. Rozwiązanie musi nadejść z zewnątrz.
Pierre Drieu la Rochelle to ofiara wojny światowej i domowego sporu. O tym, kim był, dowiadujemy się z wprowadzenia Piotra Herbicha; o tym, jak myślał – z jego intrygujących, niezwykle aktualnych, profetycznych wręcz tekstów. Spróbujcie ich nie przegapić.
Piotr Nowak
Zastępca Redaktora Naczelnego