English

Ciemność istnienia – Mikołaj z Kuzy / Shakespeare

Kronos37
2/2016
CIEMNOŚĆ ISTNIENIA
projekt okładki:
Aleksandra Waliszewska
W sierpniu 1436 roku Mikołaj z Kuzy wyrusza w sprawach papieskich na sobór zjednoczeniowy do Konstantynopola. Poza doraźną, podyktowaną przez ducha czasu polityką ten wielki erudyta, zarazem rówieśnik Gutenberga, pasjonuje się antykwariatem i księgami Starożytnych. W Konstantynopolu nabywa unikatowe manuskrypty, między nimi zaś rękopis Teologii platońskiej Proklosa, który miał go potem natchnąć do napisania w drodze powrotnej traktatu o „oświeconej niewiedzy”. De docta ignorantia – najsłynniejsze dzieło Kuzańczyka – powstaje w lutym następnego roku. Nasza wiedza – przekonuje w nim – rozwija się, poznaniu towarzyszy postęp, wszakże nie na tyle, aby poznać naturę Boga. Z tego powodu naukę należy oprzeć na swego rodzaju ignorancji – oświeconej ignorancji, polegającej na przyznaniu poznawczego statusu niewiedzy. Wiedzę należy zatem doprawić szczyptą pochopności albo wahania, uzupełnić ją o przypuszczenia. Postulowana docta ignorantia to, mówiąc krótko, samoograniczenie rozumu ludzkiego, które jest niezbędnym warunkiem wiedzy jako takiej. „Nasze poszukiwanie niewypowiadalnej mądrości” – pisze w De venatione sapientiae – „uprzedniej w stosunku do Tego, który nadaje imiona i do każdej dającej się nazwać rzeczy, zmierza bardziej ku milczeniu i wizji niż ku elokwencji i słuchaniu”. Milczący Bóg nie ma nic do powiedzenia.

Kuzańczyk zrywa z porządkiem teleologicznym, jednocześnie coraz śmielej stosuje kategorie przyczynowe do badania przyrody. Rezygnuje z substancjalnego rozumienia rzeczywistości, wprowadzając do nauki liczbę oraz ilość, dzięki czemu buduje teorię opartą na eksperymencie i aksjomatyce matematycznej. „Oświecona niewiedza” stwierdza niemożliwość precyzji absolutnej, co w konsekwencji tworzy ramy nauki zasadzającej się na idei aproksymacji – dokładności, która sama dla siebie ustala możliwy zakres niedokładności. Postęp w nauce wyraża się tedy w stopniowym uświadamianiu sobie własnych ograniczeń, jest też zgodą na niedoskonałość, na istnienie osaczone przez bezlik niewykorzystanych możliwości. Tym sposobem wiedza o własnej niewiedzy, o niemożności konkluzywnego rozstrzygania, programowa nieostrość i przygodność sądów, aktualna, by tak rzec, potencjalność, nacisk na perspektywiczny charakter poznania ustanawiającego alteritas, zasadniczą odrębność przedmiotowej rzeczywistości, badanej zawsze z wyraźnie określonego miejsca, tworzą fundamenty nauki nowożytnej.

Żaden tradycyjnie ukształtowany uniwersytet nie potrafił zasymilować rewolucji naukowej zainicjowanej przez kardynała. W tamtym czasie uniwersytety, opanowane przez jałowy per saldo ideał nauki sformalizowanej, scholastycznej, chyliły się ku upadkowi. Nadszedł czas na zmiany: nowe zmagało się ze starym, życie brało górę nad sklerozą i umieraniem. „Od dialektyków [tzn. scholastyków] wybaw nas, Panie” – modlił się do bezimiennego Boga Kuzańczyk. Po czym dodawał: „Najświętszej teologii [tzn. nauce] rozgadana logika więcej przynosi szkody, aniżeli jej pomaga” – nam garrula logica sacratissimae theologiae potius obest quam conferat.

Podręczniki filozofii średniowiecznej albo nie piszą o Kuzańczyku wcale, albo lokują go w średniowieczu tylko jedną nogą. I choć Dermot Moran w publikowanym przez nas eseju nazywa go „odźwiernym nowożytności”, panuje dość powszechnie dzielone przekonanie, że Mikołaj z Kuzy to postać w gruncie rzeczy samotna: katalizator zmian, a jednak nie ich bezpośredni sprawca. „Nie wolno wszakże zapominać” – pisał Koyré o roli, jaką Kuzańczyk odegrał w tworzeniu podstaw nowożytnego świata – „iż »wpływ« nie jest prostą, lecz bardzo złożoną wzajemną relacją. Nie wszystko, co czytamy albo czego się uczymy, na nas oddziałuje. W pewnym sensie, a być może w najgłębszym znaczeniu tego słowa, to my określamy, jakim wpływom mamy podlegać. Nasi przodkowie intelektualni nie są nam w żaden sposób dani, lecz w dużym stopniu sami ich dobrowolnie wybieramy”. O ile więc nasz Mikołaj z Kuzy stanowi początek renesansu, jego najpierwszy zwiastun, o tyle William Shakespeare wieńczy ten piękny – być może najpiękniejszy po czasach Grecji klasycznej – sen ludzkości. Zostajemy z niego wybudzeni – proponuję przyjąć tę datę jako cezurę nowożytności – w 1642 roku wraz z decyzją o zamknięciu teatrów.

Shakespeare prześwietlał dzieła swoich rywali, nie wyłączając samego Stwórcy. Miał nawyk wiązania w całość poszczególnych elementów świata, które osobom postronnym musiały wydawać się zlepkiem przypadkowych zdarzeń, by nie rzec – powierzchnią rzeczywistości, jej bełkotem. Nie zadowalał się więc tym, co widział, ale wymyślał świat na nowo. Nie wystarczała mu do tego sama wyobraźnia, która – odarta z wiedzy – bardzo szybko prowadzi na manowce sztuki prymitywnej. Jego sztuka nie jest uproszczeniem – przeciwnie: bywa (czego próbował dowieść Peter Brook) modlitwą.

And my ending is despair,
Unless I be reliev’d by prayer,
Which pierces so, that it assaults
Mercy itself, and frees all faults.


W epilogu Prospera rym łączy rozpacz z modlitwą (despair – prayer). To osobliwa modlitwa, zaczepna wobec miłosierdzia; modlitwa, która je przeszywa (pierces), atakując agresywnie i bez pardonu (assaults). W linijkach tych Shakespeare zapisał coś bardzo ważnego i niepokojącego zarazem, co można wyrazić jednym zdaniem: nie możesz przejść wobec moich światów obojętnie; są one równe Twemu. Jestem jak Ty twórcą wolnym i biegłym w swoim rzemiośle. A jednak złamane pod koniec życia pióro czy zatopione księgi sapiencjalne przywracają duchowi renesansu wolność, lecz tylko częściowo. Jej koniecznym dopełnieniem okazuje się łaska, miłosierdzie, aplauz Najwyższego dla tworów poetyckiego, renesansowego geniusza.


Piotr Nowak
Zastępca Redaktora Naczelnego