Jeszcze dwa – trzy numery i druk w „Kronosie” będzie nobilitacją dla każdego młodego filozofa i każdego młodego pisarza.
Jarosław Marek Rymkiewicz

W głośnej i wpływowej w swoim czasie rozprawie Pojęcie romantyzmu w historii literatury (1949) René Wellek wyodrębnił trzy zasadnicze cechy romantyzmu europejskiego. Po pierwsze, wyobraźnia górowała u romantyków nad odtwarzaniem rzeczywistości. Po drugie romantycy pojmowali naturę jako twór organiczny i żywy. I wreszcie po trzecie, chętnie powoływali do życia specyficzne symbole i mity, które nadawały ich poetyce i stylowi niepowtarzalne piętno. Właściwości te, jak podkreślał jednakże Wellek, nie były całkowicie nowe. „Przekonanie o organicznym charakterze natury romantyzm wziął od neoplatonizmu za pośrednictwem Giordana Bruna, Böhmego, platoników z Cambridge i kilku fragmentów z Shaftesbury’ego. Uznanie wyobraźni za siłę twórczą, a poezji za proroctwo ma podobnych przodków. Symboliczne a nawet mityczne pojmowanie poezji występowało często w historii, np. w epoce baroku z jej sztuką emblematyczną, jej poglądem na naturę jako na hieroglif, który człowiek, a zwłaszcza poeta, może odczytać. W jakimś sensie romantyzm stanowił odrodzenie dawniejszego, ale jest to odrodzenie z pewną modyfikacją; dawne koncepcje zostały przetłumaczone na kategorie nadające się do przyjęcia przez ludzi, którzy mieli za sobą doświadczenie Wieku Oświecenia”[1].
Przytoczyłem powyższą wypowiedź Welleka, aby wskazać na pewne powtarzające się nawyki (aberracje?) myślenia filologicznego. Znamienna w tym względzie jest teza, że „romantyzm stanowił odrodzenie dawniejszego”. Wynika ona z postawy badawczej, która – poszukując usilnie historycznej ciągłości i tożsamości – w zjawiskach współczesnych stara się rozpoznać podobieństwo do zjawisk dawnych, a następnie to, co współczesne i nowe sprowadzić do starego; to, co nieznane – do znanego; to, co nieoswojone – do już oswojonego. Odkrywszy podobieństwo lub tożsamość, filolog moralista zazwyczaj załamuje ręce i lamentuje: „nic nowego pod słońcem”. Demonstruje tym sposobem swoją wyższość nad twórcą, daremnie aspirującym do oryginalności czy nowatorstwa.
Nieporozumienia związane z tą postawą są jednakże o tyle paradoksalne, że romantyzm jest bodajże jej najbardziej niefortunną egzemplifikacją. Teza, że „romantyzm stanowił odrodzenie dawniejszego” zakłada bowiem zarówno funkcjonowanie literatury w dziejowej i międzyludzkiej próżni, jak też jej bezruch. Teza ta niweluje bądź pomniejsza znaczenie aktualnego otoczenia oraz inspirującego i motywacyjnego oddziaływania na literaturę warunków historycznych, społecznych i cywilizacyjnych. Nie uwzględnia w danym wypadku przede wszystkim tego, że rewolucje amerykańska z 1774 roku i francuska z 1789 roku oraz wojny napoleońskie – wespół z ówczesnym rozwojem oświaty i nauki, powstaniem masowej prasy, rewolucją przemysłową, urbanizacją i laicyzacją – nie tylko nieodwracalnie zmieniły Europę i świat, lecz ukształtowały także odmienną pulsację dziejów i nadały im inny kierunek.
Zmodyfikowane warunki i stosunki zaktywizowały świeże siły kulturowe oraz zmodyfikowały usankcjonowane przez stosunki feudalne uniwersum dyskursu. Nadszarpnęły w pierwszym rzędzie wpływy dziedziczonych przez wieki (jeśli nie tysiąclecia) „wiecznotrwałych”, „niewzruszonych” oraz „świętych” idei i wzorów oraz zdewaluowały nobilitujący – tak istotny dla klasycyzmu i kierunków pochodnych – charakter opartej na kulcie przodków i przeszłości tradycji literackiej. Teraźniejszość stawała się wartością samoistną, a nowoczesność – obiektem pożądania, moralnym imperatywem i siłą rewolucyjną. Niezależnie od tego, czy je gloryfikowano, czy potępiano, kontrastowane z „heroiczną” przeszłością „nowe czasy” formowały własny wzór człowieka, a w człowieku – adekwatny do warunków i stosunków wzór podmiotowości.
Jawnie lub skrycie romantyzm europejski i amerykański powoływał zatem do życia modernistyczny paradygmat literacki, tym wyrazistszy, że opozycyjny wobec zakorzenionych w tradycji wzorów wartości i sposobów tworzenia. Jedną z właściwości tego paradygmatu precyzyjnie definiował Charles Baudelaire – jeden z tych, który upowszechnili termin modernité już u schyłku romantyzmu, w szkicu Malarz życia nowoczesnego. Pisał w nim: „Nowoczesność jest przemijająca, ulotna, przypadkowa, to połowa sztuki; druga połowa jest wieczna i niezmienna. (...). Nie macie prawa lekceważyć ani ignorować tego elementu przemijającego, ulotnego, którego przemiany są tak częste. Odrzucając go popadacie siłą rzeczy w próżnię piękna abstrakcyjnego i nieokreślonego, jak piękno jedynej kobiety przed grzechem pierworodnym”[2].
Fascynacja teraźniejszością – z uszczerbkiem dla iluzji tworzenia „dzieł trwalszych od spiżu” i nieśmiertelności – stała się dominantą tego paradygmatu. Bohaterem stawał się w nim „nowy” człowiek wielkomiejskiej, metropolitalnej, przemysłowej i „zadyszanej” cywilizacji. Dominujący dotąd w literaturze typ sielski i bukoliczny usuwał się zdecydowanie w cień. Kulturowa i literacka intronizacja człowieka modernizmu, dodajmy, nie obywała się jednakże bez zaciekłej walki. Ów typ człowieka akceptował w zasadzie Baudelaire, ale u protestanta Kierkegaarda czy katolika Norwida budził on uczucie grozy i odrazę. Norwid przedstawił go w jednym z wierszy cyklu Vade-mecum pogardliwie jako monstrualną „larwę”, uosobienie wartości zaprzeczających Biblii i religii. Wyczuwał w nim tchnienie nicości:
1
Na śliskim bruku w Londynie,
W mgle, podksiężycowej, białej,
Niejedna postać cię minie,
Lecz ty ją wspomnisz, struchlały.
2
Czoło ma w cierniu? Czy w brudzie? –
Rozeznać tego nie można;
Poszepty z Niebem o cudzie
W wargach…czy? piana bezbożna!...
3
Rzekłbyś, że to Biblii księga
Zataczająca się w błocie,
Po którą nikt już nie sięga,
Iż nie czas myśleć o cnocie!....
4
Rozpacz i pieniądz – dwa słowa –
Łyskają bielmem jej źrenic.
Skąd idzie?... – sobie to chowa.
Gdzie idzie?... – zapewne, gdzie nic!
Vade-mecum, XIII. Larwa[3]
Prawda, wyróżnione przez Welleka cechy romantyzmu – wyobraźnia, natura, symbole i mity – w tym czy innym stopniu rzeczywiście charakteryzowały światopogląd i poezję romantyków, ale ich nie wyczerpywały. Wellek pominął w swej koncepcji romantyzmu przede wszystkim centralną dla tego kierunku problematykę podmiotu. Tymczasem odkrycie (czy raczej: ukonstytuowanie) podmiotowości oraz nachylenie ku niej było bez wątpienia zasadniczym rysem romantyzmu. Wypływała stąd zarówno afirmacja wyobraźni – stanowiła ona przecież atrybut podmiotowości – jak i korespondująca z podmiotowością idea „uduchowienia” natury oraz symboliczno-mityzująca poetyka i estetyka. W formowanej za sprawą modernité podmiotowości krzyżowały się węzłowe wątki, dylematy i aporie omawianego kierunku. Istotnie, afirmacja podmiotowości stanowiła apogeum romantyzmu, ale jednocześnie – o czym zwykle zapomina się powiedzieć – przyczyniła się ona do jego kryzysu i rozkładu.
Romantyzm zastąpił „naiwne” usytuowanie podmiotu w świecie – jako ciało wśród innych ciał, rzecz myślącą wśród rzeczy rozciągłych – usytuowaniem świata w podmiocie, ze wszystkimi konsekwencjami tego „przewrotu kopernikańskiego”. Stworzył także paradygmat aktywistyczny za pośrednictwem podmiotu promieniującego psychiczną energią, przedkładającego własne, jednostkowe lub zbiorowe pragnienia, roszczenia i działania nad liczeniem się z warunkami otaczającej go rzeczywistości. Zerwał zatem z obrazem świata zastygłym w niezmiennym, nadanym mu raz na zawsze przez Stwórcę kształcie, niezależnym od ludzkich pragnień, aktów woli i działań. Myślenie o świecie w kategoriach podporządkowania się, przymusu i konieczności – a więc zgody na ofiarowany los – zastąpił myśleniem prezentystycznym i futurologicznym, w kategoriach śmiałej realizacji jednostkowych i zbiorowych aspiracji.
Inicjatywy i zachowania podmiotu wynikały w tym nowym, romantycznym ujęciu z jego pełnych dynamizmu, „wrzących” odczuć, nadziei, marzeń, ideałów, a nie z uprzednio ustanowionego, rzekomo „odwiecznego” porządku świata. Świat stał się korelatem podmiotu, tworem wobec niego wszechstronnie zależnym. Akompaniowała tej ocenie romantyczna estetyka[4]. Podmiotowość sankcjonowała w tym względzie praktykę literacką („poetycką”) odniesioną głównie do położenia jednostkowej subiektywności, jej odczuć i atrybutów, a nie na przykład do „sprawdzonych”, usankcjonowanych tradycją norm i autorytetów. Oliwy do ognia dolewał romantyczny estetyzm, który sprzeciwiał się moralizującym, dydaktycznym lub obywatelskim powinnościom literatury i sztuki. W oczach krytyków romantyzmu postawa taka graniczyła z anarchią, rozwiązłością i nihilizmem.
Słabe strony romantycznej podmiotowości wydobywał Hegel, bezlitosny krytyk jej irracjonalnych uzurpacji i mielizn. Według romantycznej koncepcji podmiotu, twierdził, „to, co istnieje, istnieje tylko dzięki Ja” oraz „nic nie może być uważane za coś, co ma wartość samo w sobie i dla siebie i w sobie samym, lecz tylko za coś, co zostało wytworzone przez podmiotowe Ja”[5]. Tak więc „każda treść, która ma mieć jakieś znaczenie, istnieje tylko jako przez to Ja założona i uznana”[6].
W zwierciadle romantyzmu rzeczywistość traciła według Hegla swoją niezależność i autonomię w stosunku do podmiotu – przestawała być bytem rządzonym własnymi prawami – stawała się natomiast „tylko czymś, co prześwieca (ein Scheinen) poprzez Ja” i co demonstruje ostatecznie jedynie ustanawiającą moc oraz władzę podmiotu. Efektem takiego upodmiotowienia rzeczywistości stała się niemożność zbudowania jej przejrzystego poznawczo obrazu, postępujący relatywizm wartości, dehierarchizacja zjawisk, arbitralność i przypadkowość podejmowanych działań, wrażenie pogłębiającego się chaosu i zachwianie wiary w sensowność egzystencji.
Krytycy wykazywali także, że owa romantyczna subiektywizacja rzeczywistości – pomyślana pierwotnie jako przejaw „nieograniczonej mocy podmiotu” – eksponowała w końcowym wyniku jego słabość, bezradność, izolację, brak punktu oparcia. Owocowała przede wszystkim licznymi, neurastenicznymi zderzeniami i konfliktami, w których „miękkie”, chybotliwe, idealne wyobrażenia podmiotu o świecie napotykały niezrozumienie i opór twardej, chropowatej i nieustępliwej materii panujących opinii, stosunków, instytucji i powszednich zdarzeń.
Hegel zwracał uwagę na jeszcze inny aspekt tej podmiotowości. Podkreślał, że aktywność owego podmiotu romantycznego („Ja”) nie sprowadza się bynajmniej do ruchu wyobraźni, czy jak z kolei głosili polscy romantycy do nieprzerwanego przelewania się gwałtownych, wrzących uczuć i górnolotnych myśli. Twierdził natomiast, że faktyczne aspiracje tego podmiotu zmierzają w swej istocie do zdobycia doczesnej, światowej „mocy i władzy” („rządu dusz” w wersji Mickiewicza z Dziadów cz. III), a żywa wyobraźnia, płomienne uczucia, buntownicze myśli itd. wspierają jedynie te skrywane pragnienia i dążenia oraz reagują ewentualnie z odrazą na doświadczaną w tej dziedzinie niemoc lub trudności realizacyjne.
Droga do realnej mocy i władzy („rządu dusz”) za pośrednictwem uwewnętrznienia rzeczywistości była jedynie mrzonką, wishful thinking. Opór „realnych stosunków” sprawiał natomiast, iż wyjściem z impasu stawały się dla romantyka ulotne marzenia i rozkoszne fantazje, wiara w zbawczy, rozstrzygający o dziejach mesjanizm, mistyczne oczekiwanie nadzwyczajnych wydarzeń i cudów, kult ślepej, heroicznej ofiary, a wreszcie bezgraniczne zwątpienie, rozczarowanie i rozpacz. Środki mentalne i psychiczne nie były w stanie same z siebie zmienić rzeczywistości. Romantyczna podmiotowość wpadała tym sposobem w zastawioną przez siebie samą pułapkę. Intencją konstytuującą tę podmiotowość było wyzwolenie subiektywności z krępujących więzów (z „ucisku”) międzyludzkiej, społecznej czy politycznej rzeczywistości, ale punktem dojścia stawało się faktyczne oderwanie od rzeczywistości, heroiczny gest, popisowa, lecz nieskuteczna brawura, pasywność lub mentalne samozniewolenie.
Krytyka mielizn podmiotowości nie przekreślała jednakże przełomowego znaczenia wiązanego z jej ukonstytuowaniem, ani wielu jej pozytywnych aspektów. Rozpoznawszy jej światopoglądową i literacką wagę, romantycy rzutowali ją chętnie w trybie alegorezy w odległą przeszłość. Kierkegaard w rozprawie O pojęciu ironii przenosił jej narodziny nawet w przedchrześcijańskie czasy Sokratesa. Jego postać stała się w wykładni Kierkegaarda figurą uosabiającą początki podmiotowości. „W postaci Sokratesa – pisał Kierkegaard – można zatem dostrzec nieskończoną i niesforną wolność subiektywną, a jest nią właśnie ironia”; w Sokratesie ironia i subiektywność „stają się prawdziwą pasją historii uniwersalnej”[7]. Uwagi te, rzecz jasna, przypisywały Sokratesowi w istocie rzeczy właściwości, które wywodziły się z wnętrza samego romantyzmu. Postać Sokratesa stanowiła jednakże formę historycznej nobilitacji i heroizacji kategorii, w której zogniskowała się myśl romantyzmu.
Kategoria ta jednoczyła w oczach romantyków w swym twórczym, pozytywnym wymiarze poszczególne fazy nowożytności. Jej afirmującą, optymistyczną treść stanowiły poglądy mówiące o samosterowności (autokreacji) jednostki i gatunku ludzkiego w ogóle, osobowej zdolności swobodnego kształtowania samego siebie, dysponowaniu środkami umożliwiającymi nieskrępowane poznawanie otaczającego go świata i wnikania w jego starannie strzeżone tajemnice, wreszcie o zdolności inicjowania pożądanych przemian rzeczywistości. Romantyzm wprowadził tu zresztą nowe, radykalne akcenty. Usankcjonował w podmiotowości przede wszystkim prawo jednostki do odrębnej, suwerennej psychiki oraz do zdystansowanej, ironicznej postawy wobec „zbiorowej poprawności”, powszechnych opinii czy obowiązujących autorytetów i standardów. Uprawomocnił wreszcie jednostkowe „veto przeciwko światu” i jego bezkompromisową krytykę. Uzasadnił opozycję wolnego, „uduchowionego” ja jednostki oraz ja psychofizycznego i uspołecznionego, podległego prawom przyrody i regułom społecznym.
Zwichnięciem romantycznej podmiotowości na tym konstruktywnym tle było niewątpliwie jej ubóstwienie, kulminujące w idei geniusza, jednostki wyjątkowej czy nadczłowieka. Mogłyby je zilustrować chociażby idee polskich romantyków. Tak więc apostrofą do niezmierzonej potęgi człowieka Mickiewicz kończył Prolog do III cz. Dziadów, wkładając w usta Ducha następujące słowa:
Człowieku! Gdybyś wiedział, jaka twoja władza!
Kiedy myśl w twojej głowie, jako iskra w chmurze,
Zabłyśnie niewidzialna, obłoki zgromadza,
I tworzy deszcz rodzajny lub gromy i burze;
Tę władzę człowiek zawdzięczał samemu sobie – potędze myśli, jak oznajmiał Duch z Prologu – a nie magicznym zaklęciom lub łasce bóstwa. Obrazem i manifestem takiej podmiotowości upajającej się własną mocą były, jak wiadomo, początkowe partie tzw. wielkiej improwizacji Konrada z Dziadów III. Prezentowały one poetę jako „mistrza”, zamieniającego poezję w moc sprawczą i stwórczą, zdolnego z tej racji mierzyć się z samym Stwórcą i sięgać po nieśmiertelność. Ukazywały go jako istotę zależną wyłącznie od siebie samej, obywającą się bez współdziałania z innymi ludźmi i bez pomocy nadprzyrodzonej, samotnie – jakże znamiennie – „śpiewającemu w sobie, śpiewającemu samemu sobie”. Motywem przewodnim wyzywającego, bluźnierczego monologu Konrada stawało się upojenie własną, niczym nieograniczoną podmiotową, poetycką mocą. Zenitem romantycznej podmiotowości było więc skupienie w natchnionej jednostce wszystkich sił natury i potęgi przynależnej boskości:
To jest chwila Samsona
Kiedy więzień i ślepy dumał u kolumny.
Zrzucę ciało i tylko jak duch wezmę pióra –
Potrzeba mi lotu,
Wylecę z planet i gwiazd kołowrotu,
Tam dojdę, gdzie graniczą Stwórca i natura.
Upojenie nadludzką mocą izolowało jednakże podmiot od otoczenia i wspólnoty międzyludzkiej. Uzmysławiało jednocześnie potęgę świata zewnętrznego, którą w improwizacji Konrada obrazował biblijny Samson, ślepy więzień, przykuty do kolumny. Symbolizował on ograniczenia wybujałej podmiotowości: więzy, ślepotę, mrok niewiedzy, niepewny i nieprzenikniony byt. Słowa Konrada: „zrzucę ciało i tylko jak duch wezmę pióra/ – Potrzeba mi lotu,/ Wylecę z planet i gwiazd kołowrotu” odzwierciedlały tę niepokojącą, graniczną kondycję podmiotu romantycznego, trawionego żądzą swobodnego „lotu” w kosmicznych przestworzach, a zarazem przykutego na rozkaz despoty do kolumny i uwięzionego we własnej powłoce cielesnej.
Romantyczny podmiot podlegał więc uciążliwej presji ze strony ograniczających go sił: natury, społeczeństwa, innych ludzi, własnej cielesności. Konfrontacja „ja” z uciskającymi siłami potęgowała jątrzące napięcie między realną, „śmiertelną” egzystencją jednostki, zależnej we wszystkim od społecznego, cywilizacyjnego i przyrodniczego otoczenia, a egzystencją skupioną na zagłębianiu się w siebie, uznającą wyższość racji podmiotowych nad „niskimi”, powszednimi, praktycznymi i wykalkulowanymi racjami wspólnotowymi. Podmiot romantyczny pragnął połączyć „chcieć” i „móc”, tymczasem spotykał się z kolizją obu tych modalności. Musiał więc żyć życiem rozszczepionym w rozszczepionej rzeczywistości.
Zmieniając paradygmat literacki, proponując jednostkową, artystyczną egzystencję jako najwyższą wartość poezji, romantyzm otworzył puszkę Pandory. Stała się nią licytacja granicami artystycznej wolności i doświadczanie kolejnych możliwości ich transgresji. Fryderyk Schiller porównał działalność artysty do swobodnej gry, której uczestnik postępuje jedynie według własnych reguł. Konsekwencją takiego wyniesienia artysty było porównanie go do Boga. Ale oznaczało to oderwanie go od rzeczywistości i, co więcej, ostre skłócenie z nią. Ponadto samoubóstwienie poety, którego sugestywny obraz kreślił w Dziadach Mickiewicz i demaskował w swych utworach Norwid, stawiało go w opozycji do ludzi, których pragnął stać się przewodnikiem i zbawcą. Prowadziło do waśni nie tylko z nimi, ale i – koniec końcem – do waśni poety z nim samym.
Gloryfikując figurę „ja” i subiektywną jaźń, romantyzm usankcjonował swobodną ocenę świata, bez liczenia się z religią, państwem, społeczeństwem, etyką. Niewątpliwie rozszerzył tym samym sferę intelektualnej aktywności i odpowiedzialności jednostki, zarazem jednak wywołał nierozstrzygalny konflikt subiektywnych światopoglądów. Przyczynił się do niespotykanego dotąd rozpowszechnienia opartych na ulotnej impresji interpretacji i do fałszywego poglądu, że wszystkie one są sobie równe, tj. wszystkie są jednocześnie prawdziwe i fałszywe w swej naturze. Stworzył opinię, że w końcowym rachunku liczy się nie rzeczowa i rzetelna prawda, lecz jedynie – władza, moc. Zapomniał jednakże w tym wypadku o złowrogim rewersie nieograniczonej Wille zur Macht – o mocy kulminującej w przemocy.
Romantyczny kult podmiotowości podniósł znaczenie sztuki i poezji. Przypisał im drzemiące w subiektywności (w wyobraźni, uczuciu, intuicji itd.) możliwości twórcze i poznawcze, zastrzeżone wcześniej jedynie dla nauki, filozofii czy religii. Wyjątkowy potencjał sztuk i literatury miał przejawiać się m. in. w ich zdolności „podglądania” wnętrza jednostki, komunikowania się z transcendencją oraz „wyrażania niewyrażalnego”, a tym samym i wychodzenia poza „ciasne”, sprawdzalne granice doświadczenia, rozumu i rozsądku. Ta zaleta miała jednak również swoje negatywne strony, gdyż wiedzę uzyskaną subiektywnie – stanowiącą wynik intuicji, przeczuć, olśnień, egzaltacji poety czy artysty – wynosiła ponad wiedzę naukową, kontrolowaną przez zmysły, rozum i doświadczenie, intersubiektywnie i praktycznie sprawdzalną. Poszerzając granice poznania, romantyzm rozmazał więc jednocześnie jego kontury, kryteria i tożsamość, osłabił wyrazistość.
Dominacja podmiotowości w romantyzmie uczyniła uczucia i przeżycia, fantazję i fantazmaty, sytuacje rozszczepienia osobowości, genialność, szaleństwo, bunt przeciwko normom itp. głównym celem i powołaniem literatury. W tej gloryfikacji subiektywności delektującej się samą sobą kryły się jednakże liczne zagrożenia. Wywyższenie podmiotu, paradoksalnie, ujawniało jego alienację i dezorientację. Tymczasem wobec zmiennego przepływu wrażeń i przeżyć nie był on w stanie oprzeć się wyłącznie na sobie samym. Doznawał więc nieustannego zawrotu głowy, przerzucał się ze skrajności w skrajność, tracił grunt pod nogami. Własne prerogatywy mógł utwierdzać jedynie w ten sposób, że ograniczał je u innych. Konsekwencją beztroskiego zuniwersalizowania i zabsolutyzowania podmiotowości stawał się, paradoksalnie, narcyzm, egotyzm i egoizm.
Dominacja romantycznej subiektywności zmodyfikowała istotnie paradygmat literacki. Pomniejszyła autorytet literackich i kulturowych architekstów (klasyki, Biblii, arcydzieł). Zastąpiła je kapryśną, płynną i zmienną ekspresją. Zamieniła autobiografizm w nadrzędną, jedynie wiarygodną instancję literacką[8]. Subiektywne gusty i sądy jednostki zachwiały literackimi systemami normatywnymi, hierarchiami, tradycjami, wyznacznikami literatury i przyczyniły się do ich degradacji lub niwelacji. Czy podmiotowość ugruntowała w ten sposób autonomię literatury i sztuki? Romantyczne nadzieje, jak można sądzić, okazały się tu płonne. Podmiotowość jednostek rychło bowiem wtopiła się w silniejszą od niej, bezwzględną podmiotowość rynku. Mimo deklarowanej wolności, stała się faktycznie podmiotowością skomercjalizowaną, wtórną i służebną.
Ostatecznie okazało się, iż owa romantyczna, wyjątkowa, ekscentryczna i „genialna” podmiotowość poetycka czy artystyczna nie była w stanie zrealizować sama z siebie szczytnych ideałów. Nie mogła tego dokonać w aurze izolacji, samotności i wyniosłej pogardy dla „zjadaczy chleba” i „masy ludzkiej”. Romantyczny „człowiek pojedynczy” – nosiciel owej programowej podmiotowości – był utopią. W samorealizacji podmiotowości konieczne były udział i pomoc społeczeństwa. Romantyczny podmiot znalazł się tutaj jednakże nieoczekiwanie między młotem a kowadłem. Związek ze społeczeństwem i ustępliwe negocjacje z innymi członkami groziły utratą kluczowych atrybutów podmiotowości. Z kolei nonkonformistyczny, nieugięty, buntowniczy sprzeciw wobec „innego” lub „masy” czynił podmiotowość pojęciem negatywnym, pustym. Wyjściem w tej sytuacji stawało się albo rozkojarzenie i zakłamane, podwójne życie romantycznego podmiotu, albo po prostu samounicestwienie.
Podmiotowość ta traciła również punkty oparcia we własnym wnętrzu, ponieważ subiektywizacji i relatywizacji podlegały „absolutne” prawdy filozoficzne oraz religijne, stanowiące treść jej świadomości. Doświadczeniem podmiotu poetyckiego stały się nieciągłość, senna labilność, pustka. „Die Welt wird Traum, der Traum wird Welt“ – pisał Novalis.
Dialektyka zniewolenia – wyzwolenia uzmysłowiła niektórym romantykom, że podmiotowość istnieje tylko w ruchu i stawaniu się oraz że konstytuuje się realnie w związkach z otoczeniem, zaś zwątpienie, samotność i ucieczka od świata stają się praktycznie ucieczką od samego siebie. Słowa błagalnej modlitwy Kordiana, bohatera dramatu Słowackiego, wzywającego pomocy ze strony sił zewnętrznych („Boże! [...] Daj życiu duszę i cel duszy wyprorokuj...”), byle tylko wymknąć się nicości, obrazowały plastycznie ów romantyczny kryzys podmiotu, przejawiający się w rozpaczliwej szamotaninie. Pragnąc wyrwać się z dusznej „niewoli” doczesności, ciała czy społeczeństwa, podmiot romantyczny w rzeczywistości potwierdzał jedynie via negativa swoją paraliżującą zależność od tych instancji.
[1]R. Wellek, Pojęcie romantyzmu w historii literatury, przeł. I Sieradzki, w: Pojęcia i problemy nauki o literaturze, red. H. Markiewicz, Warszawa 1979, s. 242, 272.
[2]Ch. Baudelaire, Malarz życia nowoczesnego, w: tenże, Rozmaitości estetyczne, przeł. J. Guze, Gdańsk 2000, s. 320.
[3]C. Norwid, Pisma wszystkie, t. 2, Warszawa 1971, s. 30 – 31.
[4]Na związek modernistycznej estetyki z odkryciem subiektywności zwracał uwagę Andrew Bowie, który stwierdzał, że „aesthetics emerged as a distinct area of philosophy as a consequence of the growing centrality of subjectivity in modern societies”, Aesthetics and subjectivity: from Kant to Nietzsche, Manchester 1990, s. 253.
[5]G.W. F. Hegel, Wykłady o estetyce, przeł. A. Landmann, Warszawa 1964, t. 1, s. 110 – 111.
[6]Tamże, s. 110.
[7]S. Kierkegaard, O pojęciu ironii z nieustającym odniesieniem do Sokratesa, przeł. A. Djakowska, Warszawa 1999, s. 205.
[8]E. L. Stelzig, The Romantic Subject in Autobiography: Rousseau and Goethe, Charlottesville 2000.
EDWARD KASPERSKI (1942)
Prof. dr hab., profesor zwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego, aktualnie kierownik Zakładu Komparatystyki, w latach 1999-2002 kierownik Zakładu Teorii Literatury i Poetyki, zajmuje się związkami literatury i filozofii, literaturą XIX i XX wieku, teorią literatury i metodologią, antropologią, pograniczem religii i literatury, badacz twórczości C. Norwida i S. Kierkegaarda. W ostatnich kilku latach opublikował książki autorskie: Kierkegaard. Antropologia i dyskurs o człowieku (2003), Dyskursy romantyków. Norwid i inni (2003), Świat człowieczy. Wstęp do antropologii literatury (2006) oraz kilkadziesiąt rozpraw.
23-24/10/2010 Warszawa
Inne spojrzenie – spotkania z psychoanalizą Lacana. Wykład Marca Straussa
10/11/2010 Warszawa
Realne i wirtualne oblicza wolności
